Przejdź do głównej zawartości

Wielka stypa i ból dupy czyli o tym, jak to było w tym Pałacu Prezydenckim


Rozdział czwarty
Wielka stypa i ból dupy


Miejsce: Pałac Prezydencki w Warchołowie.
          Czas: Bliżej nieokreślona przyszłość, po wygranych wyborach,
o czym świadczy fakt, że tytułując prezesa,
należało używać formy pan.



W pałacu prezydenckim odbywała się ważna uroczystość. Przybył nie kto inny, jak sam pan Jarosław Kaczkoduk z kotem Ali Babą, który cudem odnalazł się bezpieczny i nieszturchnięty.
Po udanej ucieczce, odnalazł jednego z działaczy partii niższego szczebla, a ten, rozpoznając w nim życiowego partnera prezesa, lojalnie dostarczył stworzenie do Warchołowa. Kociego przybłędy, prezes nie zamierzał wyrzucić za drzwi, więc zachował dwa żywe stworzenia, którymi opiekował się w powszechnym szczęściu.
Przybył też Paweł Kuki, nadworny śpiewak i włóczykij oraz Zbigniew Stonga, łach cmentarny i bakałarz[1]. Podjął ich osobiście Antoni Dudek, zacny prezydent, którego złośliwi raczyli określać mianem „długopis”. Polgar w swej historii, nie miał tak zacnego prezydenta, który w krzewieniu demokracji, poniósł niezmierzoną ilość zasług.
Uczestniczący w spotkaniu cieszyli się, bo zamierzali utworzyć niebawem wspólny, krajowy rząd niepodległościowy, przywracający „wolność, równość i duchowieństwo”. Nie chciał im w tym jedynie pomóc Zbigniew Stonga, który obraził się na pozostałych, a zwłaszcza na Dudka, za to że ten go oszukał i zrobił w balonika, nie chcąc wyzwolić z nędznych szwindli.   
Chcąc temu przeciwdziałać, zapobiegliwy pan Jarosław Kaczkoduk, podjął próbę rozegrania tej partii z udziałem głównych polityków, sprzyjających jego racji stanu. Taktykiem był niesamowi­tym, zatem cała boża akcja, mogła powieść się zgodnie z planem. Wyszedł z inicjatywą i zaprosił, zdefiniowanych zwolenników i przydupców, do prezydenckiego pałacyku. Miejsce zostało wyzna­czone w sposób nieoczekiwany, gdyż w rezydencji prezesa trwał remont, prowadzony przez firmę specjalizującą się w montażu systemów podsłuchowo-nagraniowych. Sprawę, z ramienia prezesa, nadzorował Mariusz Płaszczyk. Był to człowiek obdarzony zaufaniem, przykładający się do powierzonych mu spraw. Karierę rozpoczynał w kościelnym chórze chłopięcym. Następnie awansował, służąc do mszy i obsługując jeden z koszy, do którego wierni wrzucali datki (powszechna nazwa „datkonosz”). Proboszcz obdarzył go dużym zaufaniem, gdyż Mariusz okazał się lojalnym człowiekiem, który nie wyciągnął ręki po grosik (wolał grubsze uposażenie). Po latach ciężkiej pracy, trafił do partii, stając się szybko osobą od zadań specjalnych, której powierzano misje, wymagające specjalnego zaangażowania (pierwszy jebca, jedynie słusznej linii).
– Trudno – powiedział pan Jarosław Kaczkoduk o koledze Stondze. – On, jak nie nauczył się kultury, tak się i nie nauczy – wskazał.
– Daj spokój, Jarek – wtrącił Paweł Kuki. – Zbychu jest do dogadania.
– To sobie z nim dogadaj – odparł pan Kaczkoduk, machając ręką. – Dostali niespełna 9% poparcia, my 28%, a ty, o dziwo, aż 21% –przyznał prezes, wysławiając się z pewnym żalem.
– Z zadrą widzę wypalasz – kontrował Kuki. – Sami bloku nie stwo­rzymy – oświadczył. – Musisz mieć połówkę, aby rządzić niepodziel­nie, a wspólnie mamy 58% – wyliczał. – Zapewnia to zdecydowaną moż­ność, że tak powiem, stabilnego rządzenia. – Swoją drogą, czy macie szkło? – zapytał.  Pan Jarosław Kaczkoduk zdawał się na to głuchy.
– Panowie, zapraszam w ramach relaksu, na kawkę i ciasteczko – zaanonsował Antoni Dudek, lekceważąc prośbę Kukiego. – Przykro mi, że wtrącam się do zacnej rozmowy, szczególnie przed panem, panie prezesie, ale zaprosiłem obywatela Zbigniewa – oświadczył.
– Jak to?! – zwątpił pan Jarosław Kaczkoduk, a Ali Baba wydał niepokojący jęk: Miau! – Obatela? – dopytał.
– Spokojnie, prezesie – tłumaczył się Dudek. – Zbyszka afernika, a nie Ryśka Czarnego – odpowiedział na wątpliwość. – Everything is under control[2]  – wyrecytował.
 Przypajacował, aż zagwieździło.  
– Że co? – pan Kaczkoduk próbował rozgryźć niepokojący splot słów. – A co ty się taki amerykański nagle zrobiłeś? – zainteresował się prezes, żądając wyjaśnienia. – Mów Jędruś, po naszemu nawijaj, jak cię uczyłem, bo za ucho wytargam i zobaczysz – odgrażał się. – No, więcej na zagraniczną wizytę nie wypuszczę – przestrzegał.
– Skończcie już – zniesmaczył się Kuki. – Poczekamy na Stongę, na spokojnie, a teraz dajcie jakiego skręta czy flaszkę, bo mam już taką banię, że inaczej nie przemogę – oznajmił. Poczuł się zlekceważony, brakiem reakcji. – O szkło, kurwa pytałem! – zaryczał.
– U nas, nie pali się ziela – upomniał rozmówcę Antoni Dudek. – Alkohol mamy, jak pan prezes okaże się ludzki, to zapodam do toastu.
– Okazyjnie – powiadomił pan Jarosław Kaczkoduk – w drodze wyjątku, udzielam zezwolenia. – Antoś, niech mleko przyniosą dla Aliba[3] – dodał. – On tu musi się chwilkę przyzwyczaić, dawno nie bywał w pałacu, bo Komór nas nie wpuszczał. – Ale wkrótce to zmienimy – mówił. – Zmienimy… – Na pewno i nie martw się, kruszynko, bo papcia postara się dla nas najlepiej – dał kotu do zrozumienia, że cierpienia przeminą i oni dwaj, przywódcy narodu, w asyście trzeciego przybłędy, nie będą bytować w jakiejś spiżarce, ale zamieszkają w prawdziwym dworze, ze służbą i dogodnościami. Tak, na oczach świata, zamierzał prezes wieść życie naczelnika i rzeczywistego przywódcy państwa. Pogłaskał kota, smagając po sierści i ucieszył się ze zbliżającej perspektywy.
Zmartwił się tym Antoni Dudek, który w chwili konsternacji, rozejrzał się po twarzach zebranych i uśmiechnął, aby tym odruchowym gestem móc zjednać rozmówców. Uśmiech pozwalał na wiele, a w młodości, Antosiek widywał, jak zwykli kretyni, szczerbiąc się i uśmiechając, zyskiwali poklask kumpli pod trzepakiem.
W sali zjawił się Zbigniew Stonga, który zbliżał się pewnym krokiem, prąc w kierunku pana Jarosława Kaczkoduka. Prezes zmarszczył się na ten widok, szykując się do ucieczki, gdyby Stondze przyszły do głowy jakieś głupawe pomysły. Ratując się unikiem, nie mógł oczywiście zapomnieć o kocie, którego również powinien był ocalić, aby nie dostał się biedak w niepowołane ręce, brudnego oprawcy. Przy sobie nosił dwie działki trucizny, na wypadek kompletnej porażki, jedną dla siebie, drugą dla Aliba. Na pudełku wypisane zostały inicjały: „AB Misiu” i „JK Papcio”. Całość, za sprawą nieomylnej przezorności pana Kaczkoduka, który obawiał się pomyłki przy aplikowaniu, co mogłoby zakończyć się dla niego tragicznie. Duża dawka, zapewne uśmierciłaby kota, ale jemu z kolei, mała dawka, zadałaby jedynie bóle, a po przeżyciu w męczarni, mógł odpowiadać za sadystyczne uśmiercenie kota lub sam trafić na męki obcego wywiadu. Najbardziej bał się Ruskich, którzy łamali paznokcie albo Niemców, którzy tłoczyli krew. Wyobrażenia pana Kaczkoduka były zróżnicowane i ciężko sprawę w całości przytoczyć, jednak nie oznacza to, iż nie należy pamiętać o dobrze działającej wyobraźni i sprawnej percepcji[4] ruchowo-skokowej.
– Panowie – przywitał się Stonga. – Miło mi was widzieć. – No, może prawie wszystkich – dodał.
            Spojrzał na pana Kaczkoduka i zauważył, że ten nie był w sosie i wystawił ukradkiem język. Ta zniewaga wymagała krwi.  
– Ty karaczanie! – krzyknął Stonga – Pieprzę cię, ty kocidupowale! – darł się, nieopamiętany. – W dupę se wsadzi ten paszczur!
– Dobrze, że pan przybył – zakomunikował Antoni Dudek. – Proszę o spokój – napomniał. Stanął po rycersku w obronie prezesa, osłaniając jego wyniosłość własną piersią.
– Widzisz, jak wytrenowałem Antka – zwrócił się pan Jarosław Kaczkoduk do Stongi. – Nie wtrąca się, udaje że nic się nie dzieje i nadal robi swoje – chwalił się. – Taki, reaguje wyłącznie na komendę, co znacznie usprawnia wydajność pracy w sektorze – dodał.
– Kurwa, zaskoczyłeś mnie, Jaruś – odpowiedział Stonga. – Ty, to pedałujesz, w odmiennym kierunku do mojego. Klasę, to ty masz, chłopie i żaden cwel ci tego nie odmówi. 
– Zważaj sobie, bo Kamieniem zaszczuję – odgryzł się pan Kaczkoduk. Kamień odpowiadał za podsłuchy, nagabywanie oraz implikowanie jadu w miejsca bolesne.
            Krótka wymiana zdań dobiegła końca. Prezes nerwowo zaściskał kciuka[5], pogłaskał kota i znów mógł, poderwać trudny temat, skierowany na polityczne tory międzypartyjnego dialogu.
– Zebraliśmy się w moich skromnych progach – rozpoczął prezes Kaczkoduk, którego wypowiedź zdziwiła uczestników.
– W jakich twoich, panie Jarku? – przystopował prezesa, Zbigniew Stonga. – Toć to Bulweder rządowy, kurwa, a nie jakaś rezydencja na Wolskiej – dodał. – Pierdolić urzędników, te sądy, państwo niecne, jebać ich w dupę, ruchać wszystkich, kurwa – skwitował.  
– Przejęzyczyłem się nieznacznie – prezes ripostował wpadkę. – W stresie zdarzają się różne rzeczy – wytłumaczył.
– Spotkaliśmy się u pana prezydenta – powiedział Paweł Kuki, chcąc uchodzić za poprawnego politycznie.
– Chcecie się dogadać, co do rządu? – spytał wprost Stonga, odpalając papierosa i przerywając koledze.
– Tu nie palimy! – krzyknął prezes, który od dziecka, uczulony był na wyziewy nikotynowe. Ganiąc naganne zachowanie Stongi, zmusił do działania pierwszego dżentelmena, który stając murem w obronie zdania dyktatury, zbeształ to naganne zachowanie.
– Kurwa, od kiedy? – sondował Stonga.
– Od kiedy jestem – wyjaśnił Antoni Dudek – zmieniam dawniejsze zwyczaje, ale widzę, że pan tu bywał. – Ten jazgot, wydawany teraz, w niczym panu nie pomoże. – My i tak zrobimy swoje, aby uczynić kraj wolnym i przyzwoitym – dodał.
– Tak, tak – zadrwił Stonga. – Nic w tym dziwnego, że tak zabraniacie po męsku posiedzieć – wychlapał. – Prezydent jak każdy urzędnik, jest dla ludzi, tak jak: wódka, papieroski, winko, kobiety i śpiew – udzielał instrukcji obsługi własnego ego. – Ech, kurwa! – krzyknął.
– Oczywiście – opatrzył komentarzem Dudek, kiwając głową na znak aprobaty. – To prawda – potwierdzał.
– Przejdźmy do spraw ważnych – zaczął znów prezes. – Uważam, że skoro wygraliśmy, to mamy premiera i żadna opozycja totalna, nie będzie nam stawać na drodze – omówił. – Proponuję panią Beatę Szkło, a na wicepremiera, Paweł Kuki – podsumował. – A Stonga… – zastanawiał się dłużej, czyniąc pauzę – …może na marszałka.
– Zgadzam się – odpowiedział Paweł Kuki.
– Ja się, kurwa, nie zgadzam! – huknął Stonga z lekko zabarwionym oburzeniem.
– Co?! – wyrwał prezes z drapiącą fleksją[6] piskliwego gardła.
– Uzasadnię – wyraził się Stonoga, kojąc zapał prezesa. – Skoro macie dać premiera, to musi być to pan. – Prezesie trzeba być dorosłym i chwytać się należnej władzy – wyartykułował. – Inaczej, idziecie w trzy wiatry, wprost w uściski Piechocina i harcowników z Partii Koniczyny.
– Nigdy! – wrzasnął pan Kaczkoduk. – Zgadzam się przyjąć to wyzwanie, czyniąc tak dla dobra narodu – oznajmił. – Panią Beatę Szkło zrobię ministrem rozwoju europejskiego – dodał. – Języki obce zna i ma dar negocjacyjny. – To ważny atut w Europie, a że kraj ukaże wreszcie dobre oblicze, które ta kobieta przybliży, w zgodzie z naszą tradycją i duchem pospolitego ruszenia, to też plus – obwieścił.  
– Przecież ona na niczym się nie zna! – wydarł się Stonga.
– Zna się, zna! – oburzył się pan Kaczkoduk. – Lepiej niż pan to myśli, kolego Stonga – odpowiedział.
– Sejmowa laska marszałka oraz ministerstwo finansów, kurwa mać – wyliczał Stonga. – Inaczej gonicie się w pole, jebaki leśne.
– Ja się zgadzam – poparł rozmówcę Paweł Kuki.
– Niech będzie – stęknął pan Jarosław Kaczkoduk. – Polgar jest tu najważniejszy. – Damy radę! – podniósł głos.
            Na te hasło, prezydent powstał na baczność i zakrzyczał: –Damy radę! Damy radę! Damy radę! Zebrani spojrzeli po sobie, za wyjątkiem prezesa, który na całej sytuacji wzrósł i wyraźnie ucieszony, zaaprobował zachowanie głowy państwa.  
– Cieszę się niezmiernie – gratulował zebranym prezydent Antoni Dudek. – Jak ja się cieszę prezesie, że będzie pan nadal naszym preze­sem i premierem – ciągnął dalej.
Zbigniew Stonga zaśmiał się pod nosem, błaznując z sytuacji. Chwycił stojącą obok szklankę i napił się wody.
– No, to nam się dopiero czasy zaczęły – powiedział z wyrzutem Stonga. – Ni fajki, ni flachy, ni lachy, tylko na sucharkach będziemy rypać, klęcząc z dupą wypiętą ku światłu – stroił żarty. – Paluszki trzeba było zapodać, jak za jebanej komuny – dowalił.
Nikt tego nie skomentował, gdyż uznano to za nazbyt wulgarne i nieetyczne, aby ze słabości ludzkich dowcipkować. Niejeden, który przyzwyczaił się do wypinania, wołał bowiem pomocy, gdyż grzech szatański, który go objął był tak mocny, że nie szło z nim sobie poradzić. Zawsze modlitwa i surowe przestrzeganie chrześcijańskich zasad pobożności, szczególnie w tłumie zebranych, gdy skłonność do grzechu może narastać. Szatan działał niespodziewanie, a bronić się można przed nim, tylko w obecności duchowych ojców. Władze doszły do wniosku, że wielu musi stanąć w szeregach misjonarzy w mundurach, aby przed złem obronić ludzkość, przykrywając waleczność, duchową tarczą modlitwy. Polgar mógł być „Adamem narodów” i stawiennictwem u jasnej opatrzności, wyprosić globalne zbawienie ludzkości. Najpierwszego wzorca dostarczył prezydent, padając na klęczkach zbiurokratyzowanego systemu.
– W imię ojca i syna i ducha świętego – wyrecytował prezydent.
– Amen – odezwali się zgromadzeni.
Potwierdzili gotowość do czynu. W ich naturze, legł gruz powstańczy, zdolny do ukrytego działania, nęcony spiskiem i teorią dominacji, podsycany eugeniką[7] słowa. Owocnym paliwem tej machiny, stawały się słowa-klucze (wiarołomne[8], pokoleniowe przekazy, uznane za święte), zrozumiałe dla biednego pospołu, który wyszukując szansy, nie dostrzegał jej w doczesnym trwaniu, musząc zadowalać się pośmiertnym jarzmem (obietnicą wieczności, po biednym i żebraczym życiu, spędzonym na padole). Niepewny był to los i pozostawała satysfakcja z tego, że uda się w niedługim czasie, ze zdwojoną siłą komuś dokopać (tradycyjne słowo: „dopierdolić”). Włączano w system biedy i wciągano do centrum żerowiska aktywne jednostki, które zahukiwano przy próbie wybicia.  
Na zakończenie owocnego spotkania, prezydent odhaltował[9] załatwienie ważnej sprawy, skłonił się i ładnie podziękował zebranym, którzy za wyjątkiem pana Jarosława Kaczkoduka, opuścili aparta­menty państwowego dworu. Prezes pozostał, aby cieszyć się przestrzenią, która od zawsze go w tym pałacyku przyciągała. Kot Ali Baba miał się tu dobrze, a i jemu pasowała ta wyższa sfera.




[1] Bakałarz – dawniej „nauczyciel” lub „osoba posiadająca tytuł bakalaureat” (najniższy stopień naukowy nadawany przez uniwersytety). 
[2] Z ang. „wszystko jest pod kontrolą”.
[3] Alib – zmiękczenie od Ali Baba.
[4] Percepcja – „odbieranie jakichś zjawisk za pomocą zmysłów”.
[5] Zaściskać – dosłownie „męczyć”. Tu: „zamęczał kciuka”. Dawne wyrażenie, „zamęczyć kogo”. Bohater nie mógł kciuka jedynie „zacisnąć”. On musiał kciuk zwyrodniale „zamęczyć”, znajdując się w nerwach.
[6] Fleksja – „dział gramatyki zajmujący się opisem odmiany wyrazów; też: odmiana wyrazów w danym języku”.
[7] Eugenika – „system poglądów zakładający możliwość doskonalenia cech dziedzicznych człowieka”.
[8] Wiarołomny – „ten, kto złamał przysięgę lub popełnił zdradę”.
[9] Tu: dosłownie „odznaczył”; „odhaczył”. 



Wielka stypa i ból dupy czyli o tym, jak to było w tym Pałacu Prezydenckim




Fragment książki, Kaczkoduk przejmuje ster!



Wielka stypa i ból dupy czyli o tym, jak to było w tym Pałacu Prezydenckim

Popularne posty z tego bloga

Sztuka kochania według Owidiusza – Jak poderwać kobietę?

Rozpoczynam nieco nie z dworską może etykietą, bo "podryw", to potoczne słowo określające zaloty, czyli starania się o rękę. Podrywać można do lotu lub autorytet, ale zwyczajowo też kobietę, którą można również "rwać".  Do kobiet się "startuje" i "uderza". "Zarywa się" dość powszechnie na całym świecie. Dawniej się "konkurowało" i "zalecało". Można też "smalić cholewki" i "uderzać w konkury", ale też "uderzać w koperczaki" i "umizgiwać się".  "Umizg", niebo lepszy niż "randka w ciemno", zawsze pozostawia jakiś nieprzebyty smaczek. "Podryw" to uwiedzenie, w tym sensie może oznaczać tylko jedno – "seks bez zobowiązań". I Fortuna może sprzyjać, jeśli szczęściu pomożemy. Uwodzenie nie ma do końca być początkiem trwałego związku, ale ma sprowadzać się do przeżycia czegoś ciekawego. W życiu można zdobywać wiele kobiet i jest to rzecz naturalna – …

Jak wyglądałeś Beliarze (szatanie)? Opowieść o obrońcy ludzkości

On skinął głową, pochylił swe skronie, zmarszczył czoło, skrawkiem brwi zwiesił. Makijaż na nim widniał siły… Widziadło farby i koloru, matowiało prawdziwe uczucie, będące ostatnią podporą. Godność zachować pragnie każdy, skrywając niewygodne odbicie. – Powaga wymaga ofiary z siebie, nieprzetrawionej do granic.              Samotny stanął, z bólem sadowiąc się wśród niemej przestrzeni. I nie kołysał nerwowo ciałem, nie dał się wzniecić na źdźbło trawy. W nim huśta i zagłusza zmorę – światło rozpromienione. Nie rzuca się, stojąc, spogląda rzucając cieniem na świat blady. I nie dochodzi głos go nadwątlony, który niknie w bezwietrznym szepcie. – Naród człowieczy miał w nim podporę sławy, żyłby wznosząc najtrwalszy budulec. Sięgnąłbym w nim ponad granicę czasu, tym wznosił najpiękniejsze słowa i tworzył, prorokując Ziemi, chowając skazę do głębi otchłani.             Włosy dłużyły mu się na ramiona, ciążąc do barków idea­łem[1]. Z czernią zlewały się w kolorze, barwiły światłem grzebiąc w…

Masturbacja - zło w oczach Stwórcy?

Onanizm, jak wyjaśnia Wikipedia, to inaczej masturbacja(samogwałt, ipsacja, cheiromania)– pobudzanie własnych narządów płciowych w celu wywołania u siebie rozkoszy seksualnej. Może, lecz nie musi doprowadzać do orgazmu. Masturbacja jest spotykana również w świecie zwierząt, np. u ogierów. Masturbacja odbywa się bez udziału partnera lub przy jego wyłącznie biernym uczestnictwie. Istnieje pojęciewzajemnej masturbacji, które dotyczy sytuacji z aktywnym udziałem partnera. Masturbacja stanowi normalne zachowanie w świecie zwierząt, które praktykują odruchowo ludzie, lecz w większości, z powodów oczywistych się do tego nie przyznają.


Historia Ojcem onanizmu był syn Judy i Kananejki Szua, Onan, brat Era i Szela. Er poślubił Tamar, ale że był pierworodnym Judy i nie podobał się Panu, bo był zły, Ten zesłał na niego śmierć. Juda nie miał z Tamar dzieci, więc pokolenie Judy stało się zagrożone. Wobec tego kazał on swemu synowi, Onanowi zbliżyć się do Tamar. Juda chciał, aby Onan zapłodnił Tamar…

Niewolnicy z Ziemi

Każdy człowiek, a może prawie każdy słyszał kiedyś o aniołach. Każde zwierzę słyszało pewnie o człowieku lub jeśli usłyszało, to mogło się zawieść. Niekiedy spotkania z człowiekiem bywają ostatnimi. Nie chcę przez to powiedzieć, że człowiek to szkodnik, ale jakoś tak samo wychodzi. W prosty sposób może zrozumiemy, dlaczego zamknięto Eden. Zwierzęta też nawołują, ale ich głos zbierają ziemskie duchy. Aniołowie nie przeżyliby głosu, który nagromadził się w pokładach ziemi. Ból i cierpienie, wypaczają a przywołane pragnienie spowalnia. Ziemia ocieka krwią. Wiadomo, że anioł przybędzie. Pewnego dnia powróci i wspomoże życie. Pan Eremu przywoła zwątpiałych i przywróci zaburzony ład. 
Jedzący i niszczący wszystko wokół człowiek jest prawdziwym drapieżcą. Można powiedzieć to z dumą, akcentując fakt tego, że gatunek ludzki radzi sobie na Ziemi, dominując nad przyrodą ożywioną, ale nie sposób dostrzec dramatów związanych z działalnością ludzi. Wykańczają sami siebie, stali się sobie „sterowalni…

Doceniam ludzi, których pasją jest pokonywanie samych siebie

Z dużej perspektywy, moje miasto Mrągowo, wygląda ładnie. Cieszę się, gdy mogę aktywnie uczestniczyć w odkrywaniu wszystkich tych miejsc, do których udawanie się stanowi swoistą podróż sentymentalną, a także jest pewnego rodzaju ucieczką od codzienności.  Wówczas rozmyślam nad własnymi działaniami oraz tym, co robią też inni, którzy znajdują się w jakiś sposób wokół mnie. Najbliższe otoczenie człowieka, poprzez rozwój informatyzacji, zaczyna zmieniać swoje pojęcie. 
Mieszkamy w pięknych miejscach, nie doceniając krajobrazu kulturowego, który roztacza się wokół nas (krajobraz kulturowy to krajobraz naturalny poddany działaniu człowieka, w ten sposób przekształcony i zaadoptowany). Dzielimy się tymi miejscami z ludźmi, promując własne miejscowości. Wystarczy odrobina chęci, aby nie ślęczeć w domu i mówić "już mi nic nie wyjdzie", tylko ruszyć. Jesteśmy tymi małymi cząstkami, wpływającymi coraz realniej na nasze otoczenie.  Moja znajoma Anna powiedziała mi, że jej się nic nie chce…

O aniołach i stosunkach seksualnych

Joshue ben Qorcha, trapiło jedno zasadnicze pytanie:„Czy to możliwe, żeby aniołowie, którzy są płonącym ogniem, mogli odbywać stosunki seksualne tak, by nie poparzyć swoich narzeczonych od wewnątrz? Po wielu rozmyślaniach zdecydował, że kiedy aniołowie ci spadli z nieba, ich siła i postura zostały zredukowane do siły i postawy śmiertelników, a ich ogień zamienił się w ciało.


Fakty ze „świętych” zapisów Biblia mówi: „uczyńmy człowieka na nasz obraz, podobnego nam” /Rdz 1,26/. Zastosowana została liczba mnoga. Wynikałoby z tego, że człowiek tworzony był w formie czegoś zorganizowanego, nie pojedynczego, sprawczego działania. W dalszej części Księgi Rodzaju możemy wyczytać, że „wtedy to Pan ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego człowiek stał się istotą żywą”. /Rdz 2,07/.  A teraz coś w kwestii, która dręczyła rabbiego ben Qorcha: „a kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na ziemi, rodziły im się córki. Synowie Pana, widząc, że córki człowiecze są …

Prawdziwa twarz satanizmu

Od ponad dziesięciu lat zajmuję się zjawiskiem satanizmu, obserwując to, co dotyczy tego zagadnienia. To trudny obszar, głównie z uwagi na uprzedzenia ogółu społeczeństwa, ale możliwy do opanowania. W końcu wiedzę zdobywamy głównie dla siebie.  Na tej podstawie postanowiłem wyjaśnić pokrótce, kim według mnie są współcześni sataniści i jakie zjawisko reprezentują. Niektórzy wyszukują w google, wpisując „marcin łupkowski satanizm”. Zastanawiam mnie to, czy mogę uchodzić za piewcę tego nurtu? A może szuka się na mnie haków? Przestrzegam, nie interesuje mnie polityka, nigdzie nie startuję i nie zależy mi na głosach jołopów biorących udział w wyborach. Opisuję rzeczywistość, to wszystko. Wybaczcie poczciwi ludzie, jeśli odebraliście do siebie kwestię „jołop”. Nie do wszystkich to się tyczy. Miałem na myśli ludzi, którzy wybierają dno, które potem reprezentuje mieszkańców w samorządach. Niestety ludzie dają chwytać się na marne hasła. To samo dotyczy zjawiska satanizmu – stąd słuszne porówna…

Istota nakazu dnia szóstego

Beliar zachowania ludzi nie zrozumiał. Miał przed oczyma wizję wojny, która wydarzyła się w jego świecie. Nadal nie wiedział, o co chodziło w tym krwawym sporze. Ludzie chcieli wyeliminować kel el; tak zaczęła się pierwsza wojna w niebie, która toczyła się z człowiekiem, odnosząc różny skutek. Naówczas byli silniejsi, bliżsi nam. Po przegranej, ludzie zostali wygnani z Ogrodów Ojca, tworząc pierwszą cywilizację Szeolu.
Pierwsza wojna w niebie: Dziedzictwo

Rdz 1,26 mówi: „A wreszcie rzekł Pan: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”.  W czasach biblijnych, panowanie nad światem wyobrażano sobie jako władzę, którą mógł sprawować król, w stosunku do danego obszaru oraz mieszkańców. Jego panowanie wiązało się z wprowadzaniem wspólnych norm. Zrozumienie tej części oraz kontekstu fragmentu książki, wymaga przywołania pojęcia „panowania”. 



Tłumaczenie słownik…

Etykiety

Pokaż więcej

Popularne posty z tego bloga

Sztuka kochania według Owidiusza – Jak poderwać kobietę?

Rozpoczynam nieco nie z dworską może etykietą, bo "podryw", to potoczne słowo określające zaloty, czyli starania się o rękę. Podrywać można do lotu lub autorytet, ale zwyczajowo też kobietę, którą można również "rwać".  Do kobiet się "startuje" i "uderza". "Zarywa się" dość powszechnie na całym świecie. Dawniej się "konkurowało" i "zalecało". Można też "smalić cholewki" i "uderzać w konkury", ale też "uderzać w koperczaki" i "umizgiwać się".  "Umizg", niebo lepszy niż "randka w ciemno", zawsze pozostawia jakiś nieprzebyty smaczek. "Podryw" to uwiedzenie, w tym sensie może oznaczać tylko jedno – "seks bez zobowiązań". I Fortuna może sprzyjać, jeśli szczęściu pomożemy. Uwodzenie nie ma do końca być początkiem trwałego związku, ale ma sprowadzać się do przeżycia czegoś ciekawego. W życiu można zdobywać wiele kobiet i jest to rzecz naturalna – …

Energetyczne wampiry – rozpoznawanie, obcowanie, uwolnienie

Energetyczne wampiry, wysysające naszą energię, w rzeczywistości istnieją, są wokół nas i mają się dobrze. Planują godzinami to, co z nami zrobią, a kiedy usiłujemy się „wyzwolić” i wydostać spod ich jarzma, to zaczynają swój okrutny atak, wymierzony w nas. 
Zaczynają „zemstę”, uprzedzając nas wcześniej o tym, a kiedy zbyt gwałtownie im odmówimy, przystępują do ciosu. Porzucają wszystkie swoje sprawy, których nie mają zbyt wiele, na rzecz tego, by dać nam nauczkę. W ich ocenie nie mamy prawa do „porzucenia” ich. Jesteśmy w ich mniemaniu im wiele dłużni. Uważają, że „prawo do zemsty” im się należy. Oddali nam w końcu przysługi, przynieśli drobne prezenty materialne, wyciągnęli rękę w chwili naszej słabości. 






Czatują na stosowny moment, obserwując ludzi, a kiedy się nadarzy okazja, przystępują do natarcia. Ich pomoc jest pozorna i prowadzi do uzależnienia. Więcej wezmą niż dali, ale to zauważymy, orientując się dopiero po pewnym czasie. 
Nie mogąc się pogodzić z „odrzuceniem” dojdą do wnio…

Jak wyglądałeś Beliarze (szatanie)? Opowieść o obrońcy ludzkości

On skinął głową, pochylił swe skronie, zmarszczył czoło, skrawkiem brwi zwiesił. Makijaż na nim widniał siły… Widziadło farby i koloru, matowiało prawdziwe uczucie, będące ostatnią podporą. Godność zachować pragnie każdy, skrywając niewygodne odbicie. – Powaga wymaga ofiary z siebie, nieprzetrawionej do granic.              Samotny stanął, z bólem sadowiąc się wśród niemej przestrzeni. I nie kołysał nerwowo ciałem, nie dał się wzniecić na źdźbło trawy. W nim huśta i zagłusza zmorę – światło rozpromienione. Nie rzuca się, stojąc, spogląda rzucając cieniem na świat blady. I nie dochodzi głos go nadwątlony, który niknie w bezwietrznym szepcie. – Naród człowieczy miał w nim podporę sławy, żyłby wznosząc najtrwalszy budulec. Sięgnąłbym w nim ponad granicę czasu, tym wznosił najpiękniejsze słowa i tworzył, prorokując Ziemi, chowając skazę do głębi otchłani.             Włosy dłużyły mu się na ramiona, ciążąc do barków idea­łem[1]. Z czernią zlewały się w kolorze, barwiły światłem grzebiąc w…

Jarosław Dumanowski, Hrabiowie na Lubrańcu. Dzieje fortuny magnackiej

Praca Dumanowskiego przedstawia dzieje rodu Dąmbskich, tytułowych hrabiów na Lubrańcu - jak określali siebie poszczególni członkowie rodziny aspirujący do najwyższych zaszczytów, biorący udział w schedzie po przodkach. Relacja, którą opisał Autor stanowi okazję i pretekst do przedstawienia mechanizmów awansu majątkowego i społecznego w cza­sach nowożytnych wśród całej szlachty polskiej. Już tytuł w wnioskowaniu metodologicznym sygnalizuje czytelnikowi zastosowanie metody komparatywnej w analizie historycznej i zwraca uwagę ingardnerowska dwupłaszczyznowość w jej kompozycji czy też swoisty dychtomizm w ujęciu Ericha Fromma, której temat kryje podwójne znaczenie. Pierwsze skupia uwagę na Lubrańcu, drugie na całej szlachcie polskiej. Środkiem do tego jest monogra­ficzny charakter powieści - tak Autor określił własną pracę, który służy dużej syntezie i rozważaniu nad całością procesów społeczno-ekonomicznych zachodzących wśród warstwy „narodu szlacheckiego". Skonstruowana w ten sposób…

Masturbacja - zło w oczach Stwórcy?

Onanizm, jak wyjaśnia Wikipedia, to inaczej masturbacja(samogwałt, ipsacja, cheiromania)– pobudzanie własnych narządów płciowych w celu wywołania u siebie rozkoszy seksualnej. Może, lecz nie musi doprowadzać do orgazmu. Masturbacja jest spotykana również w świecie zwierząt, np. u ogierów. Masturbacja odbywa się bez udziału partnera lub przy jego wyłącznie biernym uczestnictwie. Istnieje pojęciewzajemnej masturbacji, które dotyczy sytuacji z aktywnym udziałem partnera. Masturbacja stanowi normalne zachowanie w świecie zwierząt, które praktykują odruchowo ludzie, lecz w większości, z powodów oczywistych się do tego nie przyznają.


Historia Ojcem onanizmu był syn Judy i Kananejki Szua, Onan, brat Era i Szela. Er poślubił Tamar, ale że był pierworodnym Judy i nie podobał się Panu, bo był zły, Ten zesłał na niego śmierć. Juda nie miał z Tamar dzieci, więc pokolenie Judy stało się zagrożone. Wobec tego kazał on swemu synowi, Onanowi zbliżyć się do Tamar. Juda chciał, aby Onan zapłodnił Tamar…

Miłość w trudnych czasach socjalizmu

Nieważne, gdzie się znajdziemy. I nieważne, jak mocno życie nas doświadczy. Liczy się to, czy w danym momencie umiemy się na tyle zachować, aby nie trwać samemu. Rodzina stanowi najwyższe dobro i posłannictwo każdego człowieka.






Oceniać pozornie można zawsze, ludzkie czyny, wybory i dokonania. Człowiek jest nauczony czekania na właściwy moment. Wierzymy, uparci i niezłomni, że nasze światełko się zapali. Wtedy ma być tylko lepiej, dla nas, najbliższych oraz wszystkiego, co kochamy. Łatwo jesteśmy w stanie ocenić za i przeciw oraz zrozumieć swoje posłannictwo. To, że czasem odstępujemy od tego, co jest dobre, nie oznacza wcale, że tak akurat chcemy. Po prostu czasem najwyższym dobrem jest rodzina i jej przyszły los.

Po wojnie

Osłabienie przyszło zaraz po wojnie. Wiele osób dostało się już w jej trakcie do niewoli i potraciło swe dobra, a nawet bezcenne życie. Po Teheranie, Jałcie i Poczdamie, przyszedł czas na realizacje Polski w realiach, które znamy po 1945 roku; Polski Ludowej, która mu…