Przejdź do głównej zawartości

Demokracja Premier Ewy Kopary, dżointy i więziennictwo

Koparę czekało sporo nerwów, które za sprawą toczonej kampanii senacko-parlamentarnej, przyprawiały ją o zawrót głowy i mdłości. Dobrze, że wspomagała się ziółkami, a niekiedy wypalała samorobnego zrobionego skręta. Niemało tego szło ostatnimi czasy. Towar z pozoru luksusowy, okazywał się prosty w zdobyciu. W końcu była na prestiżowym stanowisku (kto, jak nie premier ma mieć dostęp do zielska). Obciążyła tą sprawą, ministra spraw wewnętrznych i ad­ministracji, każąc opróżniać policyjne magazyny, zakamarki i spichle­rze. Towar przyjeżdżał dobrze zapakowany i nie do poznania, dostar­czany osobiście przez szefa policji (nie rzucało to cienia podejrzenia). Składy były pełne dobrego zielska, które rekwirowano miłośnikom nie­zgorszego w smaku dymka. Proste do zdobycia, za to bez ko­niecz­ności płacenia za towar dealerom[1] Pułkownika. Wystarczyło mieć ko­goś przy niszczarce. W trakcie prac komisji, nikt nikomu nie liczył przez rękaw. Praktykowano dobre spisywanie protokołów i po spra­wie. Zespół antynarkotykowy to rozumiał, dlatego chłopcy mogli przy­nosić do domu po dwie wypłaty. Przecież każdy chciał jakoś żyć. Bada­nia dawno wykazały, że marihuana nie szkodzi, a posiada wręcz wła­ściwości lecznicze. Dostęp do tego produktu, pozwalał czasem zadbać o własne zdrowie i najbliższych (tak profilaktycznie), nieco skorzystać na koniunkturze (zakaz posiadania opłacił się wielu grupom), zarabia­jąc kilka moniaków[2].   

Demokracja Premier Ewy Kopary, dżointy i więziennictwo

Gówniarstwo mogło rozerwać się, paląc jointa[3] pobalować na luzaku. W konsekwencji, wpadało w tarapaty, w trakcie feralnej ła­pan­ki. Za „jaranie” blanta, groziło z kodeksu dobrych parę lat w zawia­sach albo od razu sadzano, jeżeli chodziło o plebs. Pierdel[4], brzmi w tym systemie jak nagroda. Nikt nikogo nie więził za tę przyjemność. W starożytnej Sparcie, w trakcie szkoleń nowych helotów, młodzi chłop­cy żyli wspólnie w koszarach i zajmowali się złodziejstwem (między in­nymi, o stosunkach męsko-męskich nie wspominając). Ten wzór ago­ge, charakterystycznego dla Sparty wychowania, nie karał za kra­dzież, ale za przyłapanie na niej. Dobry wojownik, walczący z helotami (ujarz­mionymi po wojnach meseńskich, ale stanowiących zagrożenie z uwagi na liczebność), nie mógł dać się nikomu zauważyć czy też oka­zać słabość. Rzecz nie idzie o przyrównywanie walczących hoplitów, miesz­kających w miastach i stale gotowych do obrony polis, do współ­czesnego palacza marihuany. Sprawa ma się tu inaczej. Marihuana stanowi rozrywkę wąskiej i uprzywilejowanej grupy, dar dla elit, mo­gących sobie pozwolić na korzystanie z dobrodziejstw maleńkiej ro­ślinki. Z dwa wieki temu, konopie były dostępne szerszemu proletaria­towi: do palenia, jako materiał do wykonywania ubrań, żagli, umoc­nień, krycia dachów, itd. Rozwój farmaceutyki pod koniec XIX wieku spo­wo­dował, że rzadkie choroby, z którymi owa roślina skutecznie wal­czyła, stanowić miały deficyt. Stworzone lobby wyeliminowało kon­kurentkę, zastępując zdrowe ziele, tanim syntetykiem (nie tak ta­nim w odbiorze, co w produkcji).
Straszak miał być i już. Towar nie mógł stać się legalny, bo spa­dłaby jego cena i szlag trafiłby całą obecną produkcję. Dubieniecki i jego biznesowi partnerzy, żyli z uprawy drogiej i często nielegalnej ma­rihuany, nawiązując umowy join venture[5], rozwijali skrzydła w tej części kontynentu. Na zachodnich rubieżach Europy, „maryśka” by­ła już całkiem legalna, bo mogli za to więcej płacić odbiorcy, a pań­stwu nie opłacało się pozbawiać obywateli przyjemności, która za­miast szkodzić, okazywała się bezcenna w podleczeniu organizmu.  
Stanowczo zakazane stało się posiadanie nasionka i sadzonki. Ogra­niczono niezależnych producentów, którzy mogliby poprzez roz­pro­wadzanie sadzeniaków, zachęcać klientele do inicjatywy wytwór­czej (szybszej eliminacji konkurencji nie wymyślono – czyniąc z litery pra­wa atrapę do jej wykonania). Metody chałupnicze w kraju, zawsze przybierały, we wszystkich możliwych gałęziach przemysłu, zatrważa­jące rozmiary (przykład może niezbyt trafiony, z uwagi na trend w profilaktyce antyalkoholowej, ale za to doskonały, stanowi produkcja swojskiego bimbru – „pędzaniaka”). Ludzie jak mogli, to wytwarzali da­ny produkt sami (a zakusy na opodatkowanie, od wieków były ogrom­ne; dziwi, że nie płaci się podatku od stolca –sprawa wciąż otwarta). Kraj chorował na samowystarczalność gospodarstw domo­wych. Nie wiadomo, czy była to zasługa talentów tubylczej społeczno­ści, czy też wiara we własne siły. Faktem znamiennym jest to, że każdy prze­jaw inicjatywy psuł i deregulował system ekonomiczny (wątły, bo okra­dany od środka), który nie wytrzymałby dopuszczenia mas do sa­mo­stanowienia.
Demokracja – powtarzali jej przeciwnicy – to fasada państwo­wości, określająca nierówne stosunki społeczne, utrwalone na przeko­naniu dużej grupy ludzi, o własnych możliwościach decydowania i posiadania wpływu. System ten nie podlega zależnościom społecz­nym, a czym bardziej jest chory i zdegenerowany, tym większa zacho­dzi koncentracja władzy, określającej obywatelom normy życia spo­łecznego. Całość tego procesu opiera się na dobrowolnym zrzeczeniu się praw, następując na rzecz długofalowego uzyskania korzyści, wyni­kających z funkcjonowania w obrębie systemu.
Demokrację psuje kapitalizm, religia oraz osobliwa natura czło­wieka, który nie jest w stanie realizować szczytnych idei, działając na rzecz siebie i ogółu. Naturalne sposoby funkcjonowania w groma­dzie, zastąpiono spolegliwością, uzależniając masy od produktów i usług, pozbawiając indywidualizmu i cech naturalnych. W demokracji jednostka jest wolna, dopóki funkcjonuje w obrębie systemu, wypeł­nia­jąc w pełni przyjęty zespół norm. Jednostka rozważająca rzeczywi­ste prawa, starająca się działać na sposób właściwy (naturalny), wkra­cza na drogę przestępczą i jest eliminowana z systemu.
Więziennictwo, z całą procedurą resocjalizacji, zostało stwo­rzone do uświadamiania masie konsekwencji. Natomiast, w stosunku do jednostek zbuntowanych i anachronicznych[6], pełni rolę asymila­cyjną[7], dążąc do ugruntowania trwałej zmiany defektywnego myśle­nia (negującego demokrację) lub całkowitego wykasowania, prowa­dzącego do izolacji albo eksterminacji. System broni się sam, bo de­mo­kracja została tak pomyślana, aby poszczególni ludzie, przyjmowali na siebie rolę odpowiadającą narzędziom systemu, „zacierając” na każ­dym etapie jednostki nieadaptacyjne (takie, które nie przyjmują wdro­żonych prawd). Na poszczególnych szczeblach, sprawa ta roz­gry­wa się różnie.




[1] Dealer lub diler (również poprawna forma) – osoba lub firma prowadząca sprzedaż określo­nych produktów; osoba zajmująca się sprzedażą narkotyków.
[2] Moniak – w języku potocznym „pieniądz” lub „moneta małej wartości”.
[3] Joint – rzadziej dżoint, „ręcznie skręcany papieros, zawierający marihuanę. Synonim: „blant”, „skręt”.
[4] Pierdel – wulgarne określenie „więzienia”.
[5] Join venture – współpraca przedsiębiorstw krajowych z zagranicznymi partnerami.
[6] Anachroniczny – to, co jest niezgodne z duchem czasu lub ze stanem wiedzy; błąd polega­jący na łączeniu zjawisk lub faktów, które nie mogły się zdarzyć jednocześnie, lub umieszczeniu rzeczy, osoby, itp. w niewłaściwej epoce.
[7] Asymilacja – „upodobnienie”, to przystosowanie się do życia w obcej grupie, przejęcie jej kul­tury i przyswojenie cech lub wchłonięcie obcej kultury. Może tez oznaczać przyswojenie no­wych treści oraz ich włączenie do zdobytego wcześniej doświadczenia i wiedzy. 


Fragment satyry "Kaczkoduk przejmuje ster!"


Demokracja Premier Ewy Kopary, dżointy i więziennictwo



Popularne posty z tego bloga

Sztuka kochania według Owidiusza – Jak poderwać kobietę?

Rozpoczynam nieco nie z dworską może etykietą, bo "podryw", to potoczne słowo określające zaloty, czyli starania się o rękę. Podrywać można do lotu lub autorytet, ale zwyczajowo też kobietę, którą można również "rwać".  Do kobiet się "startuje" i "uderza". "Zarywa się" dość powszechnie na całym świecie. Dawniej się "konkurowało" i "zalecało". Można też "smalić cholewki" i "uderzać w konkury", ale też "uderzać w koperczaki" i "umizgiwać się".  "Umizg", niebo lepszy niż "randka w ciemno", zawsze pozostawia jakiś nieprzebyty smaczek. "Podryw" to uwiedzenie, w tym sensie może oznaczać tylko jedno – "seks bez zobowiązań". I Fortuna może sprzyjać, jeśli szczęściu pomożemy. Uwodzenie nie ma do końca być początkiem trwałego związku, ale ma sprowadzać się do przeżycia czegoś ciekawego. W życiu można zdobywać wiele kobiet i jest to rzecz naturalna – …

O aniołach i stosunkach seksualnych

Joshue ben Qorcha trapiło jedno, zasadnicze pytanie: „Czy to możliwe, żeby aniołowie, którzy są płonącym ogniem, mogli odbywać stosunki seksualne tak, by nie poparzyć swoich narzeczonych od wewnątrz? Po wielu rozmyślaniach zdecydował, że kiedy aniołowie ci spadli z nieba, ich siła i postura zostały zredukowane do siły i postawy śmiertelników, a ich ogień zamienił się w ciało.  Jako autor Pierwszej wojny w niebie: Dziedzictwo i Księgi Aniołów, jestem zobowiązany o tym temacie wspominać, tłumacząc zawiłą historię relacji ludzi i aniołów. 



Fakty ze „świętych” zapisów 
Pismo mówi: „uczyńmy człowieka na nasz obraz, podobnego nam” /Rdz 1,26/. Zastosowana została liczba mnoga. Wynikałoby z tego, że człowiek tworzony był w formie czegoś zorganizowanego, nie pojedynczego, sprawczego działania.  W dalszej części Księgi Rodzaju możemy wyczytać, że „wtedy to Pan ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego człowiek stał się istotą żywą”. /Rdz 2,07/.   A teraz c…

Prawdziwa twarz satanizmu

Od ponad dziesięciu lat zajmuję się zjawiskiem satanizmu, obserwując to, co dotyczy tego zagadnienia. Na tej podstawie postanowiłem wyjaśnić po krótce, kim według mnie są współcześni sataniści i jakie zjawisko reprezentują.




Trudna klasyfikacja satanizmu
Satanizm nie jest sektą, a dla wielu też nie jest religią. Prof. Jerzy Bralczyk (Uniwersytet Warszawski), tak oto wyjaśnił to pojęcie:
Formalnie mógłby być uznany za odrębną religię, ale... niechętnie użyłbym tu określenia religia, bo to deprecjonowałoby pojęcie religii. Myślę o satanizmie jako o kulcie szatana, nie przypisując mu statusu ani religii, ani sekty.
Pozbawieni statusu sekty i religii, sataniści uchodzą za osoby zajmujące się kultem szatana. Z tym, dla wielu kojarzy się satanizm jako ruch, którego nie można uznać za religię, gdyż to obrażałoby tradycyjne podejście do religii. Na taki schemat, dziesiątki lat pracowała obiegowa opinia o złu, którą zasłaniano niecne czyny człowieka. Musiano jakoś usprawiedliwić to, że człowiek jes…